| O tym, jak (trudno) być druidem w Polsce |
|
|
|
| Teksty - Społeczność |
| Wpisany przez Czeski |
| wtorek, 09 grudnia 2008 06:57 |
|
Co jednak z tymi, którzy nieco liznęli wiedzy i orientują się w realiach, przynajmniej na tyle, by nie obrażać się, po stwierdzeniu "mało wiesz, chłopie (tudzież: dziewczyno), poczytaj nieco"? Takim osobom wypada pomóc, ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Szkoda marnować dobre ziarno. Stąd mój pomysł na poniższy tekst. Być może pomoże on nieco tym, którzy nie boją się wleźć w chaszcze druidyzmu i nie parskają oburzeni, że nikt im nie pokazuje ścieżki lekkiej łatwej i przyjemnej. Trudność pierwsza - samookreślenie się.Trudność podstawowa. Podam przykład. Ja osobiście często mówię, że interesuję się, czy też zgłębiam druidyzm, ale raczej rzadko, przeważnie w żartobliwych rozmowach, określam siebie mianem "druida". Jak powiedziała ostatnio znajoma - "trochę przez świadomość, że mało wiem, a trochę przez szacunek do dawnych druidów". To prawda. Na pytania "Czy jesteś druidem?" odpowiadam: "Staram się podążać tym, co uważam za ścieżkę druidyczną, ale czy jestem druidem? Nie mnie to oceniać". Bo też i trudno zdefiniować swoją postawę, jeśli nie do końca wiadomo, jak to robić. Przypuśćmy jednak, że wzorcem porównawczym będą ludzie, zajmujący się druidyzmem od lat, najbardziej chyba do tego upoważnieni, bo będący rodowitymi spadkobiercami kultury celtyckiej. Mowa tu o mieszkańcach północnej Francji i Wysp Brytyjskich, którzy w taki czy inny sposób starają się kultywować i odtwarzać druidyzm w dniu dzisiejszym. Znów pojawia się pytanie: "Ale czy oni są prawdziwymi druidami?". W moim osobistym przekonaniu, część z nich - o ile to możliwe po wiekach niemal przerwanej tradycji - tak. Można się z tym podejściem nie zgadzać - wolna wola. Ale jakiś punkt zaczepienia trzeba mieć, by móc powiedzieć o sobie "jestem (bądź nie) druidem". Zawsze to lepszy wzorzec, niż postacie z komiksów czy gier komputerowych. Być współczesnym druidem to nie tylko "czuć miłość do przyrody", biegać nago po lesie i dbać o każde żyjące stworzenie. Nie mylmy naturalizmu z druidyzmem. Starożytni druidzi byli kastą społeczną wśród Celtów. Zajmowali się administracją, medycyną, sądownictwem, edukacją, historią, dyplomacją, spełniali funkcje kapłańskie. Dzisiaj, we współczesnym społeczeństwie istnieją wyspecjalizowane zawody, które przejęły te funkcje. Ich rozwój i stopień skomplikowania sprawił, że niemożliwym byłoby opanowanie całej wiedzy, by stać się dla ludzi dokładnie tym, czym byli druidzi dwa tysiące lat temu. Dzisiejszy druidyzm wyewoluował z różnych elementów. Składa się nań żywa tradycja rdzennych ziem celtyckich, wiedza historyczna i filozoficzno-religijna oraz romantyczny mit druidów, jako mędrców i potężnych magów, skrywających swe tajemnice pośród pradawnych lasów. Można akceptować albo negować prawidłowość takiej ewolucji, jeśli jednak pamiętać będziemy (wiele osób o tym pamięta), że świat się zmienia, a pewnie i druidyzm ewoluowałby pod wpływem rozwoju cywilizacyjnego społeczeństwa, możemy założyć, że próby nowych, współczesnych definicji druidyzmu mają sens i rację bytu. Więc o ile śmiesznymi i bezsensownymi są próby "bycia druidami takimi, jakimi byli druidzi dwadzieścia wieków temu", to możliwym wydaje się nowe określenie tego, kim jest druid. Druid XXI wieku. Posłużę się tu fragmentem z materiałów OBOD, który moim zdaniem doskonale i krótko opisuje ten problem: W dawnych czasach, aby zostać druidem trzeba było poświęcić dziewiętnaście lat, lecz tamto szkolenie zawierało wiele z rzeczy, których uczymy się dzisiaj w szkołach. Owe dziewiętnaście lat to symboliczny okres: odzwierciedla cykl metoniczny - czas pomiędzy dwoma zaćmieniami księżyca, odbywającymi się w tym samym dniu roku. Cykl ten jest także wspólnym mianownikiem, łączącym kalendarz słoneczny z księżycowym. Tak więc dziewiętnaście lat to czas potrzebny do zjednoczenia się ze słońcem i księżycem, z istotą męskości i kobiecości. Dziś wciąż dużo czasu zajmuje osiągnięcie tej jedności i dla wielu zgłębianie druidyzmu jest życiowym poszukiwaniem. Nie musimy jednak uczyć się przez dziewiętnaście lat, by móc nazwać się druidami. W rzeczywistości, dla wielu termin "druid" oznacza kogoś, kto wyznaje określony światopogląd. Dziś możesz powiedzieć "jestem druidem" tak samo, jak ktoś inny powiedziałby "jestem buddystą" czy "jestem chrześcijaninem". Można się z tym nie zgadzać. Ale wszystko na świecie się zmienia i nawet dawni kapłani chrześcijańscy czy mnisi buddyjscy dzisiaj nie są tym samym, co wieki temu. Osobiście mimo wszystko, właśnie z racji szacunku do wiedzy i mądrości dawnych druidów, zamiast słów "jestem druidem", użyłbym "jestem neopoganinem, podążającym ścieżką współczesnego druidyzmu". No dobrze. Wiemy już kim jesteśmy, kim nie jesteśmy, kim mamy szanse być, a kim na pewno już nie będziemy. Czas przejść do konkretów. Trudność druga - Kontakt.Oczywiste jest, że każdy z nas poszukuje kontaktu z innymi ludźmi. Człowiek jest zwierzęciem stadnym. Nie wierzcie takim, co mówią, że doskonale radzą sobie samotnie i nie potrzebują innych ludzi. Kłamią. Najczęściej taka postawa jest efektem zrażenia się do ludzi, ale nie oznacza, że ktoś taki automatycznie umie pokonać swoją naturę i resztę życia żyć samotnie. Przypadki pustelników czy rozbitków dobitnie pokazują, że człowiek pozbawiony kontaktu z drugim człowiekiem wariuje, a przynajmniej dziwaczeje. Ludzie, deklarujący swoja samotniczość tak naprawdę, w głębi serca pragną bardzo kontaktu z ludźmi. Ale z odpowiednim typem ludzi. W naturalny sposób szukają bliskich sobie przyjaciół. Jak każdy. Jedynie poprzeczkę stawiają o wiele wyżej. Wielu ludzi, zwłaszcza młodych, pragnie grupy. To truizm socjologiczny. Potrzebujemy grupy wsparcia, jako naturalnej bazy dla naszego poczucia bezpieczeństwa, dla posiadania zwierciadła, które pokaże nam nas samych, odbitych w opiniach innych ludzi. To naturalne. Nic więc dziwnego, że ludzie starają dobierać się według wspólnych cech, opinii, zainteresowań. Oczywistym jest, że i druidzi (dla wygody nazwijmy tak wszystkich "neopogan, starających się podążać ścieżką druidyzmu") szukają sobie podobnych. Bo w grupie łatwiej. Bo grupa jest w stanie zaakceptować jednostkę. Niestety czasem pragnienie akceptacji za wszelką cenę jest przyczyną trafiania na grupy nic nie warte, albo wręcz sekty. Tutaj dochodzimy do sedna trudności drugiej - dzisiejszy druid w naszym kraju SKAZANY jest na samotne podążanie ścieżką. Nie istnieją żadne oficjalne grupy, związki czy zakony druidyczne, uznawane, czy w jakiś sposób zauważane przez zachodnie organizacje. Być może istnieją jakieś tajne bractwa potężnych druidów, których średnia wieku nie przekracza piętnastu lat, ale ich nie biorę pod uwagę. Trzeba pozbyć się złudzeń, zakasać druidyczną kieckę i samemu ruszyć na poszukiwanie wiedzy druidycznej. Trzeba samemu zdobywać materiały i dokonywać oceny, co nadaje się do przyswojenia, a co trzeba odrzucić jako bzdurę. Tu pojawia się Trudność Trzecia, ale o niej w dalszej części. Kontakt z ludźmi, interesującymi się druidyzmem jest jednak możliwy. Dzisiaj w zasadzie podstawowym medium jest internet i właśnie w cyberprzestrzeni można napotkać strony tych, którzy coś tam wiedzą i starają się tę wiedzę propagować. Znów jednak trzeba powiedzieć, że takich stron w sieci jest zaledwie kilka. Może to i lepiej? W zalewie magicznych stronek poświęconych wicca (choć lepiej byłoby powiedzieć: pseudowicca), trudno jest cokolwiek konkretnego znaleźć. Druidyzm, póki co, uchronił się przed atakiem chłamu i tandety, niebezpiecznie blisko krążącej wokół śmietnika, jakim jest New Age. Jednak sieć nie wystarczy. Jest to medium o tyle wygodne, o ile kalekie. Nigdy naprawdę nie poznamy człowieka, póki nie ujrzymy go w świecie realnym, nie zamienimy kilku słów, nie wypijemy piwa, nie pokłócimy się. A z tym jest ciężko. I o ile rozważnym ludziom kontakt z innymi jest pomocą, a nie koniecznością, o tyle niektórzy potrzebują poczucia wspólnoty jak ryba wody. Ta potrzeba sprowadza się wręcz do tego, że samotne praktykowanie druidyzmu staje się dla takiego delikwenta nieatrakcyjne, bo przecież liczy się wrażenie na innych, a samemu to już nie to. Cóż. W takim razie chyba nie nadaje się na neopoganina, niech lepiej przerzuci się na satanizm hermetyczny. Właśnie samotne poszukiwania są esencją druidyzmu. Nawet, jeśli znajdziemy kogoś bardziej doświadczonego od nas, kto wskaże nam właściwe kierunki, doradzi i ostrzeże, to i tak sami musimy opanowywać pewne rzeczy. Żaden nauczyciel w żadnej grupie po prostu nie będzie w stanie sprawić, że konkretne rzeczy w naszej świadomości wskoczą na właściwe miejsce. To jest specyfika, trudność ale i wspaniałość druidyzmu. Tu nie ma katechety, który poda wszystko od Alfy do Omegi, odpyta i powie "jesteś teraz prawdziwym druidem". Więcej nawet: miarą wiedzy o druidyzmie takiego przewodnika będzie właśnie to, na ile pozwoli nam samym szukać i zdobywać wiedzę, a na ile okaże się jednostką chcącą kosztem "ucznia" dowartościować swoje ego. W tym miejscu przestrzegam przed ludźmi twierdzącymi, że "posiadają prawdziwą wiedzę o druidyzmie". Gówno posiadają, a nie wiedzę. Być może w przyszłości, w naszym katolickim kraju powstaną jakieś warte uwagi wspólnoty druidyczne, możliwe że w postaci filii organizacji zachodnioeuropejskich. Być może z czasem zostanie opracowany jakiś system gromadzenia i przekazywania wiedzy tym, którzy jej szukają na poważnie. Być może. Póki co jednak, puszcza jest głęboka i nieprzebyta, a jedynie kilka samotnych ścieżek i ślady po małych ogniskach świadczą o tym, że ktoś już tu przed nami był. Trudność trzecia - źródła wiedzy.No tak. Żeby choć trochę uważać się za współczesnego druida, trzeba posiąść nieco wiedzy na temat współczesnego druidyzmu. I nie tylko. Z materiałami na ten temat jest jak z każdym dobrym towarem - nie leży na ulicy, czekając aż go weźmie pierwszy lepszy przechodzień. Fakt, że druidyzm jest czymś praktycznie nieznanym w naszym kraju sprawia, że ktokolwiek zechce zgłębić nieco temat, napotyka na pustkę. Brak jest praktycznie jakichkolwiek opracowań. Rzetelnych, czy nie. Wiccanie mają przynajmniej kilka lepszych lub gorszych książek, wydanych po polsku, które mogą pomóc w starcie. Dla kogoś, kto jednak bardziej skłania się ku druidyzmowi, te książki mogą być pomocne, ale w bardzo ogólnym zarysie. I osobiście nawet odradzałbym zaczynanie od nich, sugerując, by zapoznać się z nimi w drugim rzucie, gdy już ktoś początkujący zorientuje się w temacie neopogaństwa. Stanowczo odradzam też chłam w stylu tekstów z "Wróżek", czy "Gwiazdy mówią". Chyba, że dla radosnej rozrywki przy piwie, gdzieś w knajpie. Po pierwsze, stricte na temat druidyzmu znajdzie się tam może dwa zdania, po drugie na pewno będą o wszystkim, tylko nie o tym, czym współczesny druidyzm jest. Nie ma łatwo. Czas spojrzeć prawdzie w oczy: jedynym godnym polecenia miejscem wiedzy o druidyzmie jest jego źródło, czyli stary, dobry Albion. Tam, owszem, również istnieją wydawnictwa w stylu "Jak zostać arcydruidem w weekend", ale oprócz tandety działają poważne i uznane organizacje, które mogą polecić rzetelne i sprawdzone źródła wiedzy, często też służąc własnymi opracowaniami. Idealnym wyjściem jest oczywiście osobista wyprawa na Wyspy, by własnymi zmysłami poznać to, czym jest dzisiejszy druidyzm. Jednak wiadomo, jak jest z podróżami. Dlatego optymalnym wyjściem jest najpierw dobry zwiad w temacie, potem rozsądne i przemyślane zamówienie kilku książek w języku Szekspira, albo zdecydowanie się na udział w kursie korespondencyjnym (jeśli kogoś stać). Dobrze jest też nawiązać bezpośredni kontakt z kimś z Anglii, by korespondencyjnie móc omawiać pojawiające się problemy. Wszystko to jednak wymaga dwóch rzeczy: przede wszystkim praktycznego opanowania języka (przez słowo "praktyczne" rozumiem takie, które pozwala bez większych problemów, co najwyżej z małą pomocą słownika rozumieć tekst napisany po angielsku przez Anglika dla Anglika), po drugie wystarczającej orientacji w temacie i środowisku, by nie trafić na ezoteryczne manowce i dyletanctwo ukryte pod płaszczykiem tajemniczości. Jedno i drugie nie przychodzi łatwo, ale nikt nie powiedział, że druidyzm jest dla każdego. Nie samym druidyzmem człowiek żyje. Teksty i materiały na ten temat, godne polecenia, często odwołują się do innych dziedzin. Tutaj rysuje się Trudność Trzy i Pół: do pełnego zrozumienia wiedzy druidycznej potrzebna jest konkretna baza. Baza w postaci wiedzy z historii Europy (nie tylko starożytnej i średniowiecznej), historii filozofii, kultury i religii. Bezsprzecznie podstawą jest znajomość, a przynajmniej orientacja, w mitologiach naszego kontynentu. Tutaj wspomnieć należy też o orientacji w doktrynach chrześcijańskich, nie tylko katolickiej. O podstawach wiedzy astronomicznej, fizycznej, biologicznej, chemicznej nie wspomnę. Okazuje się nagle, ze połowa druidyzmu uczona jest w szkołach, zaskakujące, nieprawdaż? Bowiem druidyzm to nie ezoteryczna paplanina o magii natury, tylko rozbudowana koncepcja istnienia świata. I nie da się jej zrozumieć bez podstaw wiedzy o tym świecie. Jeśli ktoś marzy o potężnych czarach-marach, niech lepiej pójdzie do księgarni. Może już wydali kolejny tom Harry'ego Pottera. Ale nawet jeśli dotrzemy do dobrych źródeł wiedzy, trzeba będzie jeszcze umiejętnie ją posiąść. Bardzo łatwo jest stać się "mądrym" po przeczytaniu setki książek i rzucać cytatami przy każdej okazji. Problem jednak w tym, że podobny rodzaj mądrości reprezentuje przeciętny regał w bibliotece. Też ma w sobie setkę książek. Tylko, że nic z tej nagromadzonej wiedzy nie wynika. Podstawą pełnego zrozumienia tego, czym jest druidyzm, jest umiejętne i głębokie doznanie określonych spraw. Nie zapominajmy, że współczesny druidyzm to nie tylko nurt filozoficzny, ale także i ścieżka religijna, nie pozbawiona mistyki. Tutaj kończy się suche akademickie żonglowanie wiedzą, a zaczyna się osobiste PRZEŻYWANIE. A tego nie da nam najdoskonalsze nawet źródło wiedzy. Trudność czwarta - realia naszego kraju.Większość z czytelników tej strony żyje w Polsce. Już to powinno dać pełen obraz realiów życia każdej osoby, która świadomie odeszła od tradycji katolickiej. Przesadą byłoby oczywiście twierdzenie, że innowierców pali się tu na stosach, każdy jednak dobrze wie, jak w niektórych kręgach krzywo patrzy się na osoby deklarujące votum separatum od religii chrystusowej. W moim przekonaniu fakt, że nie mówi się głośno o neopogaństwie, jest korzyścią. Unika się bezpodstawnych posądzeń o sekciarstwo czy wrogość Świętemu Narodowi Polskiemu. Istnieje wszakże kolejny problem. Każdy zorientowany nieco w temacie wie, że pojawiające się artykuły dotyczące na przykład imprez organizowanych przez neosłowiańskich rodzimowierców, pisane są językiem lekkiej sensacji, czy nawet drwiny, nie mówiąc już o braku obiektywności. Trudno się temu dziwić, inność zawsze wzbudza niechęć, a słowo "tolerancja" niejedno ma imię. Z drugiej strony, co sądzić o osobie, najczęściej młodej, która ostentacyjnie nosi na szyi medalion z pentagramem czy innym symbolem kojarzonym z neopogaństwem, przy każdej okazji wypowiada słowa w stylu "ja nie jestem katolikiem" (nie widząc często różnicy pomiędzy chrześcijaństwem, a katolicyzmem), głośno i wyraźnie krytykuje instytucję Kościoła Katolickiego (z którym, bądź co bądź, czuje się związana emocjonalnie większość naszych rodaków), choć na temat jego działalności tak naprawdę niewiele wie, mieszając doktrynę wiary z praktyką działania tejże instytucji. Najczęściej taki "neopoganin" nie widzi, że zachowuje się niemal dokładnie tak samo jak nawiedzone religijnie starsze panie i panowie, zwani powszechnie "Brygadami Moherowych Beretów". Taka postawa, ewidentnie prowokuje niechęć, co jest w pełni zrozumiałe. Ktoś taki przynosi więcej szkody sobie i innym neopoganom, niż korzyści. Budowanie własnej tożsamości na negowaniu zasad życiowych innych nigdy nie dawało i nie będzie dawać trwałych i pozytywnych rezultatów. Dlatego też może lepiej czasem zastanowić się i trzymać jęzor za zębami, zamiast robić z siebie kolejną ofiarę "czarnego terroru". Potem trudno się dziwić, że ludzie, widząc grupkę "dziwnie" świętujących przy ognisku osób, wzywają policję "bo, panie władzo, na polu Kierdziałkowej to sataniści z miasta przyjechali, palą ogień i jeszcze kogo zamordują". Sprawa statusu neopogan w Polsce to jedno. Drugą rzeczą, pośrednio związaną ze specyfiką naszego kraju jest fakt, że wszyscy tutaj urodzeni i mieszkający, bardziej lub mniej, ale jednak związani są z miejscową otoczką kulturową. Nie oszukujmy się - Europa od ponad tysiąca lat funkcjonuje jako byt chrześcijański. Odrodzenie i Oświecenie jedynie modyfikowały panujące wartości, ale mentalność wszystkich Europejczyków jest podobna. Nawet, jeśli ktoś urodził się w rodzinie ateistów, siłą rzeczy w życiu spotyka się na każdym kroku z wartościami chrześcijańskimi i prowadzi styl życia wynikający właśnie z chrześcijańskich postaw, panujących w Europie. Dawna mentalność została w dużej mierze stłumiona. I choć w moim odczuciu, jako rzecz naturalna i nierozerwalnie związana z tymi terenami, wciąż istnieje gdzieś głęboko pod narzuconą płachtą wartości chrześcijaństwa, to dostrzeżenie jej nie jest łatwe. Wielu ludzi uważa, że zostać neopoganinem, w tym też i współczesnym druidem, to zamienić Boga Jahwe na Boską Parę, świętych na żywioły i duchy Natury, a modlitwy na rytuały. I tkwi w takim przekonaniu, zapominając, że u podstaw każdej ścieżki nie leżą słowa i nazwy, ale konkretny pogląd i spojrzenie na świat. Największa trudność w byciu współczesnym druidem to umiejętność zrozumienia samego siebie i znalezienie w sobie siły (oraz rzeczywistej, głębokiej POTRZEBY), by w pełni oderwać się od wyniesionych z domu nawyków i wzorców, porzucenia światopoglądu i przekonań. By z pełną świadomością konsekwencji wejść w "las Natury". Jeśli ktoś nie umie tego uczynić, albo nie wie dokładnie PO CO chce iść ścieżką neopogaństwa, lepiej niech da sobie spokój. Bowiem sam młodzieńczy bunt przeciwko tradycyjnym wartościom, wpojonym przez rodzinę i otoczenie to stanowczo za mało, by zawracać głowę pradawnym Siłom, drzemiącym w głębi neopogańskiej puszczy. Czeski |
| Poprawiony: środa, 25 marca 2009 07:08 |




Od czasu do czasu kontaktuje się ze mną, najczęściej bardzo młody, człowiek. Używa różnych słów, niemniej jego intencja od samego początku jest jasna - wydaje mu się, że jest zainteresowany druidyzmem i szuka kogoś, kto mu pomoże te zainteresowania rozwijać. Na moje pytanie, co wie o druidyzmie, często odpowiada, że słyszał, czytał i mu się podoba, więc chce zostać druidem. Przy kolejnym pytaniu, co czytał, dowiaduję się, że w zasadzie niewiele, trochę tu, trochę tam. Pojawiają się ksywy osób posiadających w internecie strony poświęcone druidyzmowi. W momencie, gdy przechodzimy do szczegółowych zagadnień, okazuje się, ze taka osoba często nie wie nawet, kim w rzeczywistości byli dawni, historyczni druidzi. Przedstawia mieszankę ogólnie znanych mitów, legend i bzdur, podszytą współczesnymi stereotypami, pochodzącymi z komiksu o Asteriksie, czy gier komputerowych i fabularnych. Słowem - taka osoba najczęściej
Druidyzm, to ścieżka stawania się i rozwoju, przede wszystkim samodzielnego. I samodzielnego szukania odpowiedzi na objaśniające świat pytania. Świat zwany "realnym", ten namacalny dla każdego i to, co niektórzy uznają za "ponadnaturalne", "nadprzyrodzone" i tak dalej, dając w ten sposób dowód swojego wąskiego myślenia - bo nie istnieje nic "ponadnaturalnego" czy "nadprzyrodzonego", skoro istnieje, jest naturalne i z tym, co namacalne jest nierozerwalnie związane.
Druid to strażnik wiedzy. Ktoś, kto stara się możliwie najlepiej zrozumieć świat i rządzące nim mechanizmy. A nie ktoś, kto szanuje i admiruje przyrodę, będącą tylko jednym z przejawów Natury.
Jak poradził Czeski - lektury znajdziesz w dziale "Recenzje".
Jeśli chodzi o zielarstwo - działąnie magiczne ziół jest mimo wszystko silnie związane z ich składem chemicznym - w miarę rozwoju farmakognozji okazuje się, że zastosowania magiczne ziół stają się o wiele bardziej zrozumiałe. Mam nadzieję zresztą, że to wynika w jakiś sposób z artykulików zielarskich, które swego czasu popełniłam i tu zamieściłam. Swoją drogą zamierzam do nich wrócić i napisać kilka przynajmniej nowych, dotyczących roślin popularnych i wszędzie dostępnych. Tylko ciągle brakuje czasu. I trochę motywacji też.