| O roli zmysłów w życiu człowieka |
|
|
|
| Teksty - Filozofia |
| Wpisany przez Czeski |
| niedziela, 18 stycznia 2009 18:49 |
![]() Gdy byłem małym chłopcem, takim zaledwie kilkuletnim, świat wydawał mi się zupełnie inny. Gdy cofam się pamięcią do moich wczesnych lat, pamiętam godziny, spędzane w oknie, czy powolne spacery pośród drzew i krzewów pobliskiej szkoły. Jasne, byłem normalnym szkrabem, który z wrzaskiem ganiał z kolegami wokół śmietnika na podwórzu. Ale bardziej pamiętam te chwile, gdy patrzyłem na chmury czy zafascynowany oglądałem, jak ziarenka piasku przesypują się w piaskownicy z usypanej górki w wykopany dołek. Pamiętam bardzo wyraźnie, jak oglądałem liście, czy źdźbła trawy. Takie obrazy, slajdy z przeszłości. I wszystkie mają jedną cechę wspólną. Wydają się tak bardzo kolorowe, tak wyraźne, tak bardzo rzeczywiste. Bardziej nawet, niż oglądane dzisiaj przeze mnie niebo. Można powiedzieć, że gdy zamknę oczy i skupię się w sobie, czuję "smak" tamtych chwil. Przez wiele lat zapomniałem o tym "smaku". Po prostu dorosłem. Jak wielu ludzi. Dorosłem, żeby nie rzec, że zacząłem się starzeć. To, co mnie spotkało w życiu, pozwoliło mi na spojrzenie z dystansu. I chyba właśnie od jakichś kilku lat, coraz częściej zdarza mi się nie tylko przypominać sobie chwile z dzieciństwa, ale też, gdy się skupię, poczuć "smak" tamtych chwil. Tak, jakby był gdzieś głęboko zakodowany na dnie mózgu i umiejętne sięgnięcie do magazynu wyciągało go na powierzchnię. Co sprawiało, że wtedy świat wydawał mi się bardziej kolorowy, pachnący, bardziej rzeczywisty? Przecież żyłem w "szarej rzeczywistości realnego socjalizmu". Ale ta rzeczywistość nie była szara. Dla mnie ona była zupełnie innym światem. Światem odbieranym zmysłami dziecka. Czy więc moje zmysły stępiły się? Stałem się ślepcem? Owszem, noszę okulary od dwunastego roku życia, ale to nie o to chodzi. Wiem, że w pewien sposób stałem się kaleką. Wszyscy stajemy się kalecy, gdy wraz z wiekiem porzucamy świat dziecka. To tak jak z pływaniem - berbeć potrafi w naturalny sposób radzić sobie z wodą, ale z czasem zapomina tego i musi na nowo przyswajać sobie umiejętność pływania. Rodzimy się z naturalnymi zdolnościami obserwowania świata nie tylko za pomocą zmysłów, ale umiemy też owe obserwacje przetwarzać w inny sposób. Zabijany przez wychowanie i dorosłość. I pewien charakterystyczny styl życia ludzi Zachodu, tylko pozornie stawiający na indywidualność. Powstaje pytanie, skąd u ludzi, podążających Ścieżkami Natury taka wrażliwość na pewne sprawy, niedostępne "zwykłym" ludziom? Czemu ludzi, którzy czują i widza więcej, nazywa się wariatami, albo wmawia im się, że to złudzenie, co odczuwają? To nie jest tak, że ludzie Ścieżek Natury widzą inne rzeczy. Oni po prostu potrafią patrzeć we właściwy sposób i we właściwą stronę. Zwracać uwagę na rzeczy, które każdy mógłby dostrzec, gdyby tylko się postarał. Oczywiście nie od razu. Czasem trzeba przypomnieć sobie, jak spoglądało się na świat, gdy miało się lat kilka. A to, jak każde ćwiczenie, wymaga czasu. Dziś dostrzegam więcej i czuję więcej, niż kilka lat temu. Częściej też odkrywam z zaskoczeniem, że udaje mi się czuć "smak" obecnych chwil. I jest to ten sam "smak" co dawniej, gdy biegałem w krótkich porteczkach po wielkim parku u babci, gdy zasuwałem po hałdach węgla osiedlowej ciepłowni czy też wyprawiałem się na "dalekie" wyprawy do lasu na drugim końcu osiedla. Sądzę, a wręcz jestem pewien, że to zasługa ćwiczeń, technik i rytuałów druidycznych. Każda część ciała ćwiczona, rozwija się. Zaniedbana - słabnie i traci sprawność. Nasze zmysły to przecież nic innego jak wrażenia odbierane za pomocą fizycznych receptorów. Wystarczy ich odpowiednio używać, odpowiednio ćwiczyć, by zaczęły reagować w odpowiedni sposób. Oczywiście, nie każdy osiągnie takie same wyniki. Jeden ma oko do rysowania, drugi ucho do muzyki, a trzeci jest świetnym kucharzem, bo ma wyczulony smak. Każdy jednak może próbować uzyskać lepsze efekty w odbiorze świata. Ale nie chodzi mi tylko o samo doskonalsze działanie zmysłów. Bodźce docierają do mózgu, który je dopiero przetwarza na taką a nie inną świadomość rzeczywistości. Mózg też trzeba ćwiczyć, by umiał odpowiednio korzystać z dostarczanych mu bodźców. Wtedy dopiero naprawdę uda się dostrzegać to, co z pozoru niedostrzegalne. Odkryłem - sam dla siebie, nie twierdzę, że nikt inny przede mną tego nie zrobił - pewną charakterystyczną cechę zmysłów. Dlaczego czujemy więcej i silniej? Dlaczego często mamy "przeczucie"? Oczywiście, nasza podświadomość również korzysta z bodźców zmysłowych i wie o świecie często więcej, niż my sami. Ale chciałem o czymś innym. Sądzę, że odpowiednie wyczulenie zmysłów to jedno. Ale równie ważne jest ich zestrojenie. Wtedy osiągamy coś znacznie ciekawszego i bardziej efektywnego, niż tylko pojedyncze działanie zmysłów. To jak z oczami - gdy patrzymy jednym okiem, widzimy przedmiot. Gdy patrzymy drugim, widzimy go z nieco innej strony. Ale gdy spojrzymy oboma - wtedy nie tylko widzimy dwa obrazy jednocześnie, ale w naszym mózgu (dlatego wcześniej o nim wspominałem), tworzy się świadomość przestrzenności oglądanego obiektu. Skoro tak działa wzrok, czy w podobny sposób nie współdziałają wszystkie zmysły? Nie tylko wzrok z dotykiem i słuchem, ale i z węchem, czy smakiem. Odpowiednia ich synchronizacja i współpraca może dać właśnie taki "efekt trójwymiarowości" świata, który dzięki temu będzie dla nas wyraźniejszy i pełniejszy. I będziemy mogli widzieć rzeczy, które "normalnie" umykają naszej uwadze. Nasuwa mi się na myśl jeszcze jedno skojarzenie - dźwięki. Mamy kilka dźwięków. Każdy z nich brzmi osobno. Następujące po sobie mogą utworzyć melodię. Ale dopiero ich umiejętne i harmoniczne połączenie da akord. Coś, co brzmi zupełnie inaczej, niż same dźwięki. Akord to coś znacznie więcej, niż połączenie dźwięków z zwykłą melodię. Jednym z założeń druidyzmu jest możliwie pełne poznanie otaczającego nas świata, rzeczywistości, w której istniejemy. A jak inaczej to osiągnąć, jak nie poprzez nasze zmysły? Osobiście odrzucam wszelkie teorie o "nadnaturalnych" zdolnościach ludzi, New Age'owe gadki o tajemniczych energiach "nie z tego swiata". Wszystko, co nas otacza, jest naszym światem. Jednym i tym samym. Trzeba tylko umieć we właściwy sposób posłużyć się naszymi naturalnymi zmysłami. A wtedy pokażą na one o wiele więcej, niż zwykliśmy sądzić.
|
| Poprawiony: środa, 25 marca 2009 07:04 |





No i jak zwykle wychodzi na to, że druidzi mają rację. Nic nowego, w sumie gdyby jej nie mieli, po co byłoby pchać się na tę ścieżkę, która nie jest wcale łatwa, a czasem bywa nieprzyjemna, niewygodna, chaszcze druidzkiego lasu bywają cierniste. Gdyby nie druidzka racja, co i raz potwierdzana najróżniejszymi odkryciami lub pseudoodkryciami - bo tylko potwierdzeniem przez oficjalną naukę rzeczy oczywistych, nie warto byłoby się na nią pchać - bo i po co? Żeby pobiegać nago po lesie? Bo w szatce wygląda się cool i cool jest jakoś się nazwać, przypisać do "subkultury" (z takim określeniem spotkałam się na pewnym forum, na którym zresztą część tekstów Czeskiego z naszego serwisu była in extenso cytowana)? Racja jest racją, i tyle. Co pisze Olga Woźniak w ostatnim "Przekroju Nauki" ("Przekrój Nauki, wydanie specjalne, nr 1/2009, marzec 2009, Indeks 216372, ISSN 1895-9938, artykuł "Uwolnij umysł, czyli neurobik dla każdego"):
Całe życie mamy wpływ na zawartość swojej czaszki. I co więcej - powinniśmy o nią dbać. Wiele się mówi o utrzymaniu ciała w kondycji. Tego samego potrzebuje nasz mózg.
(...)
Na Zachodzie zapanował szał. Powstają "mózgowe fitness cluby", do których możesz chodzić, by uprawiać mentalną gimnastykę, działają agencje, które oferują w tej materii szkolenia dla firm i osób prywatnych. Nie trzeba jednak wydawać wielu pieniędzy, by zacząc trening. Możesz to zrobić już teraz. Spróbuj. Na początek odwróć do góry nogami gazetę, którą czytasz, i postaraj się w ten sposób dokończyć lekturę tego tekstu. Bo naczelną zasadą neurobiku jest odejście od rutyny. Piszesz długopisem - zmień go na ołówek, spróbuj ubrać się z zamkniętymi oczami. Zmień drogę, którą codziennie jeździsz do pracy. Biorąc prysznic, wyjątkowo nie układaj w głowie planu dnia. Zamknij oczy. Skup się na zapachu mydła, strumieniu wody, fakturze mydła. Nawet pozornie proste zachowania, które rozbijają codzienną rutynę, powodują, że poruszamy nowe obszary mózgu, leżące do tej pory odłogiem. Dzięki temu powstają nowe połączenia między komórkami nerowymi, mózg staje się bardziej plastyczny. Młodnieje. Nie bój się go rozruszać.
W sumie nihil novi. Takie metody są znane przez druidów i stosowane od zawsze. Znał je też (nie mający nic wspólnego z druidyzmem) Gurdżijew (musiałam to wtrącić, nie byłabym sobą, chociaż jako człowieka autora tych metod nijak nie cenię, są najlepsze, jakie dotąd stosowałam i stosuję), którego sposoby na ćwiczenie umysłu są na tej ścieżce bardzo przydatne, uwalniają od codziennego automatyzmu, utrzymując kondycję zawartości naszej czaszki i odblokowując możliwości, które ma każdy, widoczne przede wszystkim u dzieci, w miarę dorastania zabijane nabywaną z czasem automatyczną rutyną. Jak najbardziej wrodzone i naturalne (takie są też budzone przez tego rodzaju ćwiczenia zdolności empatyczne czy w ograniczonym stopniu telepatyczne). A ćwiczenie czyni mistrza.
Tyle, że zautomatyzowany i konsumpcjonistyczny Zachód jak zwykle podchodzi do tej sprawy od d... strony. Tak jak dla utrzymania dobrej kondycji ciała nie wystarczy fitness club czy siłownia - jeśli kondycja ma być rzeczywiście dobra, a nie dobra w ograniczonym stopniu - niezbędna jest codzienna, naturalna aktywność (choć trudno ją wykrzesać i stąd ułatwiacze w postaci fitnessów), tak i neurobik nie zapewni pełni ćwiczeń. By uzyskać możliwie szerokie poznanie, nie wystarczy ćwiczyć w poniedziałki, środy i piątki od 17.00 do 18.30. Trzeba ćwiczyć stale, niekoniecznie stosując gotowe ćwiczenia, ale wymyślając je sobie samodzielnie ad hoc, i wbudowując nie tylko w swoją praktykę, ale i w swoją codzienność. Daje to owoce i w codziennym życiu, nie jest żadnym ezoterycznym dodatkiem nie-wiadomo-po-co. I to jest ważne, bo druidyzm jest ścieżką bardzo pragmatyczną, istotne jest w nim to, co działa i skutki tego działania przełożone nie tylko na rytuał, ale po prostu na życie.
Tyle mojego, wydaje mi się, że a propos powyższego artykułu, po porannej prasówce.
Podobnie w kwestii indywidualnych ścieżek ludzkich - jedni czuja potrzebę grupowania się i działania aktywnego (zwłaszcza ci młodsi, albo pełni kompleksów, każących im dowartościowywac sie pozycja w grupie), innym wystarcza ich własna droga, bez konieczności aktywnego działania w otaczającym świecie.
Oczywiście, wielu ludzi, uważających się za dzisiejszych druidów stawia służbe innym jako jeden z ważnych elementów ich postawy. Jednak, jesli spojrzymy na działanie jako zmienianie rzeczywistości, czy nie kłóci się to z innym druidycznym postulatem nieingerencji w równowagę natury?
Być może prawem natury jest powstanie polityki, biznesu, wojen, chorób i niesprawiedliwości. Dlaczego więc, mielibyśmy skądkolwiek wychodzić i łaczyć się po co kolwiek?
"Wspaniale czuję się gdy wędruję pośród ludzi i nie muszę nikomu udowadniać że to ja mam rację i że "oni" błądzą... będąc druidem, ucząc się świata, czując go każdą komórką widzę jak wiele umyka ludziom obok mnie. I żal czuję że nie mogą oni widzieć tego co ja. Że nie mogą poczuć także tej mocy która płynie z owych doznań".
A we mnie ludzie, którzy nie odczuwają tej więzi ze światem nie budzą żalu. To normalne, po prostu mają inne priorytety, nie cenią tego, co cenne dla mnie jako druidki - i takie ich prawo. Bo równowaga świata nie polega na tym, by wszyscy mieli po równo, i dotyczy to także głębi przeżywania.
Ja również nie odczuwam potrzeby udowadniania komukolwiek, że mam rację, a ów ktokolwiek jej nie ma. Bo każdemu jego ścieżka i każdy wybiera sobie tę głębię przeżycia, która mu odpowiada. Jednak nie odczuwam też potrzeby pokazywania innym, jeśli nie zostanę o to poproszona wprost, którędy i jak iść, jak zacząć poznawać i doświadczać.
Jeżeli "inni" nie dostrzegają czegoś - widać nie mają potrzeby dostrzeżenia. I dobrze im takimi, jakimi są. Nie ma po co "uszczęśliwiać" ich na siłę. Nie przeżywać jest czasem łatwiej.
Wejście na tę ścieżkę zakłada jak najgłębsze doznanie i poznanie zarówno samego siebie, jak i otaczającego świata. Na każdej możliwej płaszczyźnie. A wszystko ma swoją cenę. Inni mogą mieć inne potrzeby i priorytety - takie ich prawo i takie prawo równowagi. Nie musimy ich niczego uczyć, jeśli sami po tę naukę nie przyjdą. To uczeń szuka nauczyciela, a nie nauczyciel biega z transparentem po ulicy. Co więcej, nauczyciel wybiera tych, których jego zdaniem uczyć czegoś warto i ma pełne prawo odrzucić tych, którzy przyjdą po wiedzę, jeśli uzna, że nie rokują nadziei. Nie mamy przecież obowiązku uczyć nastolatków zachwyconych samą nazwą "druidyzm", szukających magii i mocy rodem z RPG, dla których zrozumienie i poznanie nie mają znaczenia.
Nie musimy też ekshibicjonistycznie pokazywać "zobaczcie, jak można żyć i czuć".
Pozostawmy ludziom wolny wybór. Nie rzucajmy pereł przed wieprze - choć może to chybiony frazeologizm, bo sugeruje rodzaj pogardy wobec ludzi nie odczuwających potrzeby Poznania całym sobą. Nie jesteśmy ewangelizatorami. Nie musimy pokazywać innym "właściwej" drogi - każdy znajdzie tę, która będzie właściwa dla niego. Jeśli przyjdzie i zapyta - można mu pewne rzeczy pokazać. Ale do rzeczy najważniejszych i tak każdy dociera sam, my jedynie możemy pokazać możliwy kierunek.